Back to Top

SMOG RZESZOWSKI

Kilka dni temu prezydent Ferenc doszedł do wniosku, w Rzeszowie trzeba walczyć ze smogiem. W tym celu postanowił, że jeżdżący autobusami nie będą płacić za bilety. Innymi słowy, smog ma się stać mniejszy dlatego, że za przejazdy należącymi do miasta autobusami Ferenc zapłaci z naszej wspólnej kasy. Tu jednak pojawia się pierwsza wątpliwość. Dookoła wszyscy mówią, że smog to skutek palenia byle czym w piecach, a nie samochodów. Po drugie, samochodów jak raz jest na ulicach w ostatnich dniach wyraźnie mniej - bo ferie. Zmniejszona ilość samochodów spowodowała wzrost ilości smogu?

Skąd Ferenc wie o tym smogu? Od Wojewódzkiego Centrum Zarządzania Kryzysowego. A Centrum Zarządzania Kryzysowego? Z pomiarów. Tylko drobiazg - Wojewódzka Inspekcja Ochrony Środowiska ma w Rzeszowie tylko jedną stację pomiarową - przy ul. Reytana (tak przynajmniej wynika z ich strony internetowej). Jaka jest metodologia tych badań, że możliwe jest na tej podstawie określenie poziomu smogu w różnych miejscach? Mało tego, możliwe jest prognozowanie poziomu smogach w kolejnych dniach z dokładnością do kilku domów? Bo to na podstawie takich prognoz na przyszłość Ferenc zaplanował akcję „darmowych” autobusów w kolejnych dniach.

Jak prawie wszystko co wymyśli Ferenc, również ta akcja została ogłoszona “sukcesem”. Na łamach jednej z lokalnych gazet rzecznik Chłodnicki dumnie doniósł, że autobusami jeździło 15% więcej pasażerów niż w dniach, gdy każdy musi sobie za bilet zapłacić sam. Tylko skąd właściwie to wiadomo, skoro kasowniki były wyłączone? W jaki sposób policzono pasażerów?

Uważamy, że to bardzo interesujące pytania. Zapytamy WIOŚ o metodologię pomiarów zanieczyszczenia powietrza, a prezydenta Rzeszowa o to, jak policzył zwiększoną ilość pasażerów. Coś tu jednak nam śmierdzi i to bynajmniej nie smog…

Jeśli okaże się, że nasze podejrzenia słuszne, postawienie dalszej hipotez jest dość proste. Po co Ferencowi ta heca z „darmową” komunikacją? Bo miejskie autobusy oddał w ręce swoich towarzyszy z SLD i z zarządzaniem tym biznesem radzą sobie oni raczej słabo. „Darmowa” komunikacja jest świetną okazją, by pod szlachetnymi hasłami przekazać trochę pieniędzy z kasy miasta do kasy firmy zarządzanej przez politycznych przyjaciół. Druga sprawa - Ferenc cierpi na brak pogłowia pasażerów również z powodu współczynników wymaganych po realizacji programu transportowego. Zobowiązał się osiągnąć stosowne parametry przewozu i ponoć ciężko mu idzie. Czyż wyłączenie kasowników i liczenie pasażerów w jakiś inny sposób nie jest świetną okazją, by parametry na papierze podciągnąć? Oczekiwane przez nas z utęsknieniem odpowiedzi na nasze pisma zapewne pozwolą zweryfikować te podejrzenia